Hummus, kawa i gradobicie.

tumblr_o6comjeORD1r0nsdno1_1280

Chyba w końcu udało mi się względnie ogarnąć wygląd tego, co teoretycznie mogę nazwać blogiem. Walka była bardzo nierówna, WordPress miał znaczną przewagę, bo chyba zmówił się z moim Photoshopem i nic nie chciało działać i współpracować ze mną. Po wielu godzinach (głównie wydawania nieludzkich dźwięków i chowania twarzy w dłoniach, bo, po co ja się w to pakowałam, na co mi to było) udało mi się! Wygląda to jak wygląda, ale w sumie wygląd się tak naprawdę nie liczy, bo kto będzie to czytał, poza mną? No może znajdą się z trzy osoby, które albo będą chciały dowiedzieć się jak żyję albo zawędrują tutaj, aby uśmiechać się pod nosem nad moim nieszczęściem. Ale czasami trzeba zadać sobie to cholernie ważne pytanie: czy mnie to obchodzi? No nie.

(Chwilowo jestem rozproszona piosenką „Sax” Fleur East i moim wielce „przemyślanym” układzie tanecznym, którego żałujcie, że nie widzicie. Krótka przerwa na reklamy.)

Już myślałam, że znowu zebrałam się w sobie, ale chyba robię się powoli głodna. Naprawdę, nigdy nie skończę tego pisać.

W końcu wracając do wcześniej przerwanej myśli.

Skoro ma być to dla mnie forma terapii, to w ogóle nie obchodzi mnie, kto to będzie czytał, ile z tego wyniesie i czy będzie mu się podobać czy nie. Ten blog jest dla mnie i tylko wyłącznie dla mnie. A jeśli komuś pomogę przez niego (ha ha ha) to będzie tylko efekt uboczny pomagania samej sobie. Bo to ja muszę sobie pomóc, nikt inny tego za mnie nie zrobi.

Może się przedstawię, bo w sumie nie wiem, kto będzie to czytał.

Nazywam się Angelika, ale i tak wszyscy mówią na mnie Marut („A skąd w ogóle wzięło się przezwisko Marut?” „Bo tak właśnie mam na nazwisko…” „Ahaaa”). Mam 24 lata i aktualnie mieszkam w Poznaniu. Niby studiowałam 4 lata biologię ogólną, niby nie skończyłam pisać licencjatu, podobno takie plotki krążą na dzielni. A tak naprawdę nie skończyłam studiów (zaliczyłam wszystkie egzaminy, ale bez licencjatu nie mogę mówić, że je skończyłam, bullshit), gdyż ostatni semestr 3 roku był dla mnie dosłowną autostradą w głąb ziemi. Wakacje przeżyłam tylko i wyłącznie dzięki malowaniu i mojej przyjaciółce, która spędzała ze mną praktycznie każdy dzień (moja mama i brat wyjechali na całe wakacje do Kanady, na ślub mojej kuzynki, więc no byłam tak trochę sama jak palec). I chyba tylko dzięki temu nie zwariowałam. Później przyszedł wrzesień i okropna wiadomość: do końca miesiąca muszę nadrobić 160 godzin praktyk. No i kolejny kopniak w brzuch, bo przecież, jakim cudem mam zdążyć? No, ale po ciężkich bojach i bardzo miłym prowadzącym udało mi się oddać dzienniczek praktyk w ostatni możliwy dzień (musiałam nadrobić parę dni w październiku, ale robiłam to już z czystym sumieniem). Ta ilość stresu była dla mnie kolejnym gwoździem do trumny.

Później nadszedł moment, aby powiedzieć mojemu ojcu, że zdaję licencjat później i zostawiam magisterkę (znaczy w wersji dla niego, to robiłam rok przerwy, wiecie, taki rok bez końca). Kolejne dni czekania jak na skazanie i ataków paniki (mój ojciec wciąż jest dla mnie trochę tematem tabu, o którym nie umiem pisać tak w stu procentach szczerze, ale może kiedyś…). W końcu mama przeprowadza z nim rozmowę, no i co? No i był gnój, który swój moment kulminacyjny miał w święta. Więc jak wróciłam do Poznania na Sylwestra tak do domu pojechałam dopiero w połowie Marca.

W międzyczasie przeżyłam dwa ogromne załamania nerwowe, gdzie drugi wystraszył mnie na tyle, aby w końcu pójść na terapię. Pierwsza wizyta skończyła się delikatną, ale bardzo wyraźną sugestią, że powinnam wybrać się do psychiatry. No i tak, tydzień później, siedziałam sobie już grzecznie na krzesełku i opowiadałam Pani Doktor o swoim życiu i uczuciach. No i skończyło się przewidywalnym wynikiem: depresja i ACA (zespół Dorosłego Dziecka Alkoholika). Szczęśliwe tabletki na dzień i osobne na noc, wizyty u terapeuty co dwa tygodnie, trzęsące się ręce i suchość w ustach. No i tak wygląda teraz moje życie. Cały czas pracuję nad sobą i swoim szczęściem. Czasami nawet mi się udaje a czasami nawet nie umiem udawać, że jest dobrze. Ale pracuję, cały czas pracuję. Więc to chyba dobrze, prawda?

Okay, Mumford & Sons troszkę wpędzili mnie w nostalgiczny nastrój, więc koniec tych smętów. Nie tak sobie wyobrażałam swój pierwszy wpis, ale przynajmniej przebrnęłam przez niego (jakoś) w końcu. Ogólnie to jest mi zimno, na dworze pada grad a ja już nie mogę patrzeć na kawę. No i czas kupić baterie do aparatu.

W ogóle jak się kończy takie rzeczy? Każdy youtuber ma swój własny sposób na żegnanie się z fanami. Może ktoś coś fajnego mi podpowie? Tak, patrzę na Was moi, nieistniejący czytelnicy!

A jak ktoś chce poznać jaka jestem fajna w 120 znakach, to niech wpada na Twittera, tam to dopiero pierdolę głupoty.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s